niedziela, 29 lipca 2012

rain it seems to me...



Dziś, gdy wiatr zaczął uderzać o me okno w rytm szybkiego staccato wraz z ogromnymi kroplami deszczu, poczułam, że żyję. Przez tę jedną chwilę, wiedziałam, że chociażby nie wiem jak było źle, to deszcz zawsze zmyje ze mnie winę, krew i smutek.
Wybiegłam, niemal natychmiast do ogrodu...
Ciemne chmury potęgowały szarość dnia, która już zaczynała przyćmiewać słońce, przygotowujące się do odejścia. Czarne spodnie i czarny gorset niemal od razu przemoczyły się do suchej nitki, pozostawiając na skórze przyjemny chłód deszczu. Jedynie glany nie miały zamiaru poddać się sile wody, za to je właśnie kocham. Czasem dodają odwagi, lecz nie zawsze.
Wyszłam na ulicę i przechadzałam się powoli, idąc sama już teraz nie wiem gdzie i jaką drogą. Wiem tyle, że gdy deszcz przestał padać byłam nad strugą, a przebłyski świadomości mówią mi, że przeszłam nawet na rynek.
Ludzie, którzy uciekali przed deszczem patrzyli na mnie jak na wariatkę. Szłam cicho, cała mokra z lekkim uśmiechem na ustach. Nie pamiętam ich twarzy, chociaż to nie jest duża miejscowość, nie wiem kim byli, bo przez te kilka chwil nic się dla mnie nie liczyło. Był tylko deszcz...
Tak dobrze wtedy czuję więź z naturą, ze wszystkim tym, co jest mi moją częścią, lecz słabo znaną. Mroczna aura krąży w mych żyłach, napełniając mnie nową mocą...
Czuję, jakbym mogła coś więcej...
Jakbym ja, ta którą widzę codziennie w lustrze, kryła coś przede mną.
Jakby miała w sobie coś jeszcze, czego sama do końca nie jest świadoma...
Zebrałam siłę na nowe rozdziały w życiu.
Jutro będzie lepiej, czy gorzej? Hmm... Nie wiem... Nikt tego nie wie.
Mam nadzieję, że deszcz znów da mi tę okazję, by razem popłakać z chmurami, a żeby ludzie tego nie widzieli

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz